22 czerwca 1926 urodził się Tadeusz Konwicki.
Z okazji 100 rocznicy urodzin Tadeusza Konwickiego sięgnęłam do mojej pracy magisterskiej. Nie bez wstydu i z lekko bijącym sercem! Nosiła tytuł „Kicz w prozie Tadeusza Konwickiego” i pisałam ja pod czujnym okiem prof. Jerzego Jarzębskiego na polonistyce UJ.
Wklejam fragment tej mojej pracy sprzed lat. Czytajcie Konwickiego. Jego proza może być towarzyszem w tym świecie, w którym często trudno znaleźć buty. A moje życie? Cóż. Powtarzam za mistrzem – to „kotlet z białka i kosmicznego pyłu.”
Wklejam też bezcenne dla mnie zdjęcie. Oto stoję z pisarzem na balkonie. W tle Pałac Kultury.
„(…) kicz jest uciekaniem przed doświadczeniem i powagą. Ucieka również bohater tej prozy. Wypowiada on na przykład takie słowa: „Trzeba wstać i iść. Dokąd. Przed siebie. Znowu zadygotałem. Dotknąłem dłonią swego czoła. Zimne. To nie gorączka ani poranny chłód. Jestem pedantem. Lubię porządek. Ale porządku nie ma na tym świecie. Przez wiele lat wmawiano mi, że jest hierarchia, logika, ogólny sens. Ale całe życie żyję w chaosie. Myślowym, moralnym, uczuciowym. A co mnie to wszystko obchodzi. I spróbowałem siłą zapędzić się do snu.” Wyznania bohatera przypominają mi pewien wiersz Leopolda Staffa. I skoro „nieokreśloność kiczu jest pokryta tajemniczą formą i sprowadza nastrój przypadkowych skojarzeń”, mam prawo do własnych sądów na jego temat. Piszę zatem o mych skojarzeniach czując podziw dla autora i jego dzieła, być może sprostawszy w ten sposób jego zamierzeniom i stając się typowym odbiorcą kiczowym, odnajdującym swoją własną, małą prawdę.
„Jest świt,
Ale nie jest jasno.
Jestem na pół zbudzony,
A dokoła nieład.
Coś trzeba związać,
Coś trzeba złączyć,
Rozstrzygnąć coś.
Nic nie wiem.
Nie mogę znaleźć butów,
Nie mogę znaleźć siebie.
Boli mnie głowa.”
W prozie Konwickiego często padają te właśnie słowa: „co mnie to wszystko obchodzi”. A jednak wiadomo przecież, że obchodzi. Obchodzi ów wspominany często chaos na przykład. Że chociaż nic się z nim nie zrobi, nie zlikwiduje się go, to się chce, by można go było zlikwidować. Że wie się, że miłość została wymyślona, a jednak chce się kochać. Że jest się tu i teraz a jednak jest się w stanie popatrzeć na Ziemię jako tylko na planetę, „małą, prowincjonalną planetę”. I nie wiadomo już, czy życie to eksperyment, kaprys czy konieczność. Ten dystans jest podkreślany w powieściach Konwickiego na każdym kroku. Często pojawia się perspektywa, często widzi się nas, ludzi jako Ziemian tylko, „stwory dwunożne o postawie wyprostnej”. Co więcej, ta postawa też zostaje strywializowana przez pisarza: ta skłonność do spojrzenia na siebie z dystansu, jak i spojrzenie „z wysokości kamienia polnego” są nazwane „nagannym zboczeniem.” I znów chaos. I znów wypada powiedzieć: „co mnie to wszystko obchodzi”. I wszystko staje się obojętne, bo przecież cokolwiek się nie pomyśli i tak się żyć będzie… Uważam, że są to kluczowe myśli prozy Konwickiego, genialnego pisarza, który broniąc się przed nieautentycznością, banalnością, powtarzalnością ma odwagę sięgnąć właśnie po coś nieautentycznego, banalnego oraz powtarzalnego.
„A dokoła nieład” jak w wierszu Staffa.”
